Dusza pod lupą, czyli mała rzecz o „Psychiatrze i demonach”

„Świat chorych jest jak labirynt Dedala. Lekarz rozwija nitkę i wchodzi, by dyskretnie pogrzebać w korytarzach, by unicestwić Minotaura, odnaleźć jaźń pacjenta i spróbować z nim wrócić. Nigdy nie wie, czy odnalazł wszystko, czego szukał”.

Nigdy wcześniej nie spotkałem się z bardziej trafnym opisem tego, czym jest psychoterapia. Przez lata wczytywania się w zagadnienia wskazywane zarówno podczas studiów z zakresu psychologii człowieka, jak i w późniejszych szkoleniach zawodowych, niczego takiego nie znalazłem. Prawdopodobnie nikomu nie przyszło na myśl, żeby tak zwięźle opisać, czym jest praca lekarza duszy ludzkiej.

Tak się jakoś złożyło, że w moje ręce wpadła niespodziewanie dość sporej wagi (i to poważnie, w rozumieniu gabarytowym) książka autorstwa Wojciecha Wierciocha i jego małżonki Jolanty Szymskiej-Wiercioch pod tytułem „Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim”. Moje pierwsze wrażenie po odbiorze przesyłki brzmiało: „o Boże, kiedy ja to przeczytam!”. Ale jak się okazało, książka jest tak angażująca, że nie sposób się przy niej nudzić. A wierzcie mi, że trudno namówić mnie do czytania czegoś nudnego i napisanego bez polotu. Tym razem dostajemy do ręki kawał historii, nie tylko sobistej samego profesora, ale również historii naszej ojczyzny, historii ludzkiego cierpienia, historii rozwoju osobistego, możemy też prześledzić historię powstania naszej rodzimej polskiej sztuki leczenia zaburzeń psychicznych, czyli psychiatrii i psychoterapii.

Mimo że Antoni Kępiński był z zawodu lekarzem, bliżej mu raczej było do roli ratownika na pierwszej linii frontu. Był kimś więcej niż tym, kto ulży w cierpieniu, podając przeciwobjawowe lekarstwo w postaci tabletki. Cała jego praca z chorym człowiekiem była substancją leczniczą, bowiem on sam, jako lekarz duszy, stanowił swego rodzaju lek i – jak możemy przypuszczać – niejednokrotnie najlepsze panaceum na całe zło świata. Kochał swych pacjentów, żonę, kochał swe nawyki, kochał przyjaciół, ale i wrogów. Kochał wszystko, co nazywamy życiem. Ale aby stać się takim człowiekiem, uwierzcie, przeszedł piekło. I pomimo cierpień, jakich doznał, nadal kochał świat. Nie chciałbym tu odkrywać tajemnic i zapisanych treści, a tym samym dawać wam gotowy spoiler akcji tej powieści biograficznej. Powiem raczej, że nic samo z siebie się nie bierze, i podam dwa cytaty, które profesor zaczerpnął z Biblii (był osobą głęboko wierzącą) i których często w swej pracy używał. Być może stały się one dla niego szkieletem, na którym opierał całą swoją filozofię życia. „Nic z tego, co wchodzi do człowieka z zewnątrz, nie może go zanieczyszczać, ale to, co z człowieka wychodzi, to człowieka zanieczyszcza.” „Lampką ciała jest oko: jeżeli więc oko twe jest szczere, całe twe ciało będzie rozświetlone”. To właściwie kolejny fenomen jego osobowości. Niesamowita umiejętność korzystania ze źródeł chrześcijańskich w taki sposób, by ich nie nadinterpretować, a używać w celach terapeutycznych jako niezbędnych mitów w przeżywanych patologicznych stanach ducha oraz w indywidualnym i codziennym życiu jako bazy własnej religijności. Myślę, że dziś o korzeniach naszej kultury, która jest w nas wrośnięta niczym Jungowska świadomość zbiorowa, psychiatrzy i psycholodzy często zapominają. Proszę, nie zrozumcie tego źle, Kępiński po prostu starał się w każdym swoim pacjencie widzieć człowieka takiego jak on sam – i tylko przez pryzmat własnej wiedzy i własnych doświadczeń mógł wejść w dialog z drugą osobą i na poziomie tego dialogu pomóc jej zrozumieć przeżycia, z jakimi się zmaga. Nie bał się w psychoterapii po prostu być – być sobą. W przeciwieństwie do całego świata redukcjonistycznie pojętej medycyny, z jaką dziś mamy do czynienia, skoncentrowanej bardziej na materialnym niż duchowym pierwiastku człowieczeństwa, nie dostosowywał człowieka do panujących norm zewnętrznych, lecz starał się w każdym odnaleźć jego własny i unikalny mit, za którym warto było podążać.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję, na kilka słów, które wstrzymają opisywanie czytelnikowi tego, co niesie powieść „Psychiatra i demony”. Czytając bowiem rozdział po rozdziale i mając w głowie już wcześniej przeczytane książki autorstwa Kępińskiego, pod koniec 77. rozdziału tej fabularyzowanej biografii dotarła do mnie myśl, że przecież literatura, którą mam przed sobą, mimo, że zawiera fakty z życia geniusza, jest przecież przez kogoś napisana. Co to oznaczało dla mnie? A no tylko to, że mam do czynienia z osobami równie wrażliwymi, jak sam bohater. Bo jak inaczej pisać coś o kimś, jeśli nie opierając się na własnej empirii? Bez daru empatii wydaje się to być raczej niemożliwe. Refleksja ta dość mocno wpłynęła na moją ocenę opisywanego dzieła, które było dla mnie nie tylko zajmującą lekturą i poniekąd współuczestniczeniem w życiu genialnego psychiatry, przede wszystkim stało się dla mnie swoiście pojmowanym manifestem antypsychiatrycznym.

Spójrzmy prawdzie w oczy: jak dziś wygląda psychiatria? Przepełnione oddziały, sale po kilkanaście osób, jedna salowa pozostawiona na noc i lekarz robiący obchód, zadający trywialne pytania. A psycholog? Ciężko go znaleźć! Nie mówiąc już o psychoterapeucie. A jak wygląda dzisiejsza wizyta psychiatryczna? Jak ma się szczęście, to trwa 30 minut, zazwyczaj to 15-minutowa rozmowa nakierowana na postawienie diagnozy, wypisanie leków i pozostawienie człowieka samemu sobie. Człowieka, który w dalszym ciągu zmaga się z własnymi demonami, z wewnętrznym cierpieniem i nierozstrzygniętymi konfliktami. A psychiatria dziecięca? Została praktycznie unicestwiona. Te dzieci, dla których jakimś cudem znajdzie się miejsce na oddziale, śpią na korytarzach. Takie są realia. Nikt już praktycznie nie interesuje się człowiekiem. Wydaje się, że ważniejsza jest jednostka chorobowa oraz testowanie medykamentów, aż do osiągnięcia stanu, który można byłoby nazwać chemiczną lobotomią mózgu.

Można też odnieść wrażenie, że bezradni w leczeniu duszy ludzkiej lekarze po prostu ją znieczulają, praktycznie aż do jej unicestwienia, zasłaniając się przy tym dobrem, jakim jest życie chorego. Oczywiście nie chcę generalizować, bo wiem, że są nieliczne oddziały czy małe przychodnie, na których w pocie czoła pracują Anioły, by ratować każde życie. Przemysł farmakologiczny i izolacja społeczna chorego sprawiają jednak, że lekarz przestaje być człowiekiem. Łza kręci się w oku, gdy o tym myślę. I między innymi dlatego uważam, że warto przeczytać tę książkę. Żeby odnaleźć w sobie to coś, co uczyni nas bardziej ludzkimi, a nie tylko mechanicznymi trybikami w strukturze zmaterializowanego społeczeństwa. Autorzy powieści nie mówią tego tak bezczelnie jak ja, choć dają podprogowy i silny przekaz na ten temat. Bo czymże jest nawet samo wskrzeszenie do życia
profesora Kępińskiego przez Wierciochów, jeśli nie takim właśnie zabiegiem?

Zapewne ciężko mi być obiektywnym, wypowiadając się na ten temat, ale naprawdę trudno nie zgodzić się z tym, że postać Antoniego Kępińskiego gdzieś zginęła, gdzieś się zapodziała, czy to w uniwersyteckiej bibliografii o życiu psychicznym człowieka, czy na studiach, zarówno tych stricte medycznych, jak i psychologicznych. W moim mniemaniu to postać na miarę Junga, Klein czy też Freuda, i nie mamy się czego wstydzić. Oni i im podobni w swej metodologii pracy zapominali o fartuchu lekarza, a dzięki temu każdy z nich widział w swoim gabinecie takiego samego człowieka jak on sam. Powiem nawet więcej: każdy z nich pisał o tym, że to, co dał pacjentom, to dużo mniej, niż oni jemu ofiarowali. Że dużo zawdzięczają właśnie tym, których leczyli. To, co dają pacjenci, opisałbym w ten sposób: w drugim człowieku możemy zobaczyć jakąś cząstkę siebie, której być może nie znamy, i tylko pokora, doświadczenie, cierpliwość oraz zdobyta wiedza mogą nam, psychologom, psychoterapeutom i lekarzom, pomóc w pracy z chorym. Bo pracować trzeba tak, by nieść ulgę w cierpieniu. Zresztą posłuchajcie, co sama doktor Wanda Półtawska, najbliższa współpracownica
Kępińskiego, napisała już po jego śmierci. „W opisie właściwie wszystko się zamazuje; czytelnikowi trudno odróżnić, co autor zalicza do patologii, a co jest jeszcze normą (…) Kępiński był zawsze przeciwnikiem rozdziału chorzy – zdrowi psychicznie i chciał te różnice zatrzeć”.

Na koniec kilka krótkich zdań na temat metody przyjętej przez autorów, bo chyba zbyt zadurzyłem się w duchu profesora. Mimo tego, że książka została, pewnie za ich zgodą, opatrzona wyraźną etykietką, mówiącą, że to fikcja literacka, to jakoś przekornie trudno mi się z tym pogodzić.
Wydarzenia z życia profesora są przedstawione bardzo sugestywnie. Wyczuwam, że wiele tu prawdy, że sporo tych wydarzeń miało miejsce w rzeczywistości, a niektóre zostały podkoloryzowane w oparciu o dostępne materiały źródłowe. To oczywiste, że historię Kępińskiego trzeba było jakoś ubrać w słowa, a powieść ma to do siebie, że czyta się ją dobrze ze względu na uruchamianą i rozkręcaną przez pisarzy wyobraźnię czytelnika, który powinien niemal wejść w wykreowany świat, czyli na własnej skórze odczuć opowiadaną historię.

Na marginesie nieskromnie dodam, że moimi nauczycielami byli opisywani w tej powieści między innymi Maria Orwid, Magdalena Nałęcz-Nieniewska i Piotr Drozdowski. Uczniowie i bliscy współpracownicy Kępińskiego. Wygląda na to, że miałem chyba ostatnią szansę, by nawiązać kontakty z osobami, które współpracowały z profesorem i tworzyły to nad wyraz wyborne towarzystwo słynnej krakowskiej szkoły psychiatrii.

Komu bliska jest tematyka ludzkiej duszy, ten powinien sięgnąć po „Psychiatrę i demony” bez namysłu, a kto interesuje się tematem zawodowo, powinien dokładniej niż przeciętny czytelnik wgłębić się w zagadnienia dotyczące tego, jak ratować życie innych i jak nie przegrać własnego życia, czyli po prostu w kwestię badaną przez ludzkość od tysięcy lat: jak być dobrym człowiekiem.
Kraków, 13.01.2020

Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch
„Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim”
wyd. MG, Warszawa 2019, s. 640